poniedziałek, 14 lutego 2011

The Prophet - Prorok

Często w niniejszym blogu nawiązuję fotograficznie do muzyki. Chociaż w tym przypadku nie posiadam fotografii odpowiednich do tego, co chcę napisać, to mimo wszystko krótko napisać muszę. Chodzi o Gary'ego Moore'a, który zmarł niespodziewanie kilka dni temu. Nie znam wielu jego dokonań. Akurat w ostatnim czasie zacząłem pomału odkrywać głębiej jego muzykę, gdy nagle dowiedziałem się, że w zasadzie będzie to jedynie odkrywanie przeszłości. Chociaż na pewno ukaże się jeszcze jakiś album z nieznanymi, nowymi kawałkami, to jednak pozostanie świadomość, że na jego koncert już na pewno się nie wybiorę. Ogromna szkoda i strata. Przecież wystarczy spróbować wyobrazić sobie listy przebojów wszech czasów czy składanki ballad rockowych bez piosenki "Still got the blus". Jest to prawie niemozliwe. To jeden z tych utworów, który, mimo, że grany nawet na okrągło, ciągle brzmi przyjemnie przy kolejnym przesłuchaniu. A co dopiero powiedzieć o takim kawałku, będącym w zasadzie jedną długą solówką gitarową, jak "The Prophet". Na szczęście utworów, które się nie nudzą przy kolejnych przesłuchaniach jest więcej. Ba, nawet całą płytę można słuchać na okrągło. Tak jest w moim przypadku z albumem "The different bit". I dobrze, że tak jest, bo cóż teraz pozostało, jak nie nieustanne wracanie do jego "starych" kompozycji.





sobota, 12 lutego 2011

Gwatemala - zdjęcia za pieniądze

Przypadek 1.
- Przepraszam, czy mogę zrobić panu zdjęcie?
- Oczywiście, dos quetzales (2 quetzales gwatemalskich to ok 1/4 dolara)

Tak wyglądał jeden z pierwszych moich dialogów fotograficznych w Gwatemali. Starszy pan, ubrany elegancko w strój, jaki można tu spotkać dość często wśród starszyzny, siedział sobie na schodkach chyba swojego domu i prawdopodobnie tak dorabiał do emerytury :)
Trzeba dodać, że niezbyt ładnie pozował. Wygląda ponadto, jakby słabo widział, ale quetzales liczył sprawnie.



Przypadek 2.
Tym razem nie ja zacząłem rozmowę. Dość młody człowiek po prostu żebrał pieniądze. Postanowiłem mu dać, ale musiał za to przez chwilę stanąć spokojnie do zdjęcia. Wyglądał mimo wszystko na nieco bardziej zadowolonego z życia, jakie wiedzie, niż dystyngowany jegomość z przypadku pierwszego.



Przypadek 3.
Tego gościa sfotografowałem z nieco dalszej odległości w dość ruchliwym miejscu miasteczka San Marco. Mimo szybkiej przymiarki i tylko jednego strzału, zdołał się zorientować i, podobnie jak w przypadku pierwszym, od razu zażądał opłaty. Na początku było to 1Q, ale szybko postanowił zarobić więcej i kazał zapłacić sobie 2Q. Ponieważ nie byłem na to przygotowany, zacząłem szukać drobnych. Wyciągnąłem 5Q, na co jegomość stwierdził, że może być. Oczywiście reszty na pewno bym się nie doczekał. Ostatecznie pożyczyłem od znajomej 1Q, w kieszeni doszukałem się jeszcze 0,5Q i tyleż zapłaciłem. Że tak powiem "za karę" zrobiłem mu jeszcze portret z bliska. Człowiek mnie nieco poganiał, bo śpieszył się na autobus. Z lekko zniesmaczoną miną wziął owe 1,5Q i poszedł w swoją stronę :)
Sądzę, że gdybym probował uciekać bez zapłaty, gotów był mnie dogonić i zlać kijem :)

El Domingo, czyli w kościele w Gwatemali

Jutro "el domingo", czyli niedziela i czas będzie pójść do koscioła. Więc tym razem trochę wrażeń z zeszłotygodniowej mszy.


Kośiół katolicki w centrum San Pedro


Chociaż San Pedro jest niedużym miasteczkiem, to ma aż 20 kościołów, z czego duża część, a może nawet większość jest ewangelickich. Natomiast w centrum na głównym placu stoi duży kościół katolicki, który pięknie można sfotografować na tle wulkanu San Pedro. Wybrałem się na mszę popołudniową o 18-tej, bo nie uśmiechało mi się wstawanie na pierwszą mszę, która jest odprawiana już o 5 rano, a przed południem wolałem pokręcić się z aparatem po miasteczku. Zatem godzina 18 była najbrdziej dopasowana do rytmu dnia.


Tylko Jezus może zmienić twoje życie


Długi, nie za wysoki kościół z płaskim dachem mieści sporo osób. Wypełniony był w całości. Nawet w czasie mszy dostawiano plastikowe krzesełka. Chciałem zająć sobie miejsce na chórze. Wszedłem, ale chyba popełniłem jakąś małą gafę, bo chór zarezerwowany był chyba w całości dla zespołu i śpiewających dzieci. Ale dzięki temu już od początku wiedziałem, że msza nie będzie nudna, bowiem na chórze rozłożona była perkusja, czekała gitara basowa, jakieś organy i cymbały. Przyglądnąłem sie chhwilę i zszedłem na dół, by zająć miejsce w ławce w tylnej części kościoła. Ponieważ przyszedłem dość późno, to większość osób siedziała już na swoich miejscach. Od razu rzuciły mi sie w oczy jednolite stroje kobiet. Siedziały w ławkach, więc widać było tylko to co powyżej oparcia ław. A były to jednolite chusty pozakładane na czarne indiańskie głowy z długimi prostymi włosami, zakrywające ramiona aż do połowy pleców. Wszystkie niemal identyczne, nieezbyt kolorowe, w kontrastowe kostki. Natomiast chyba obowiązkowym strojem młodych chłopców były jeansy i jakaś ciemna bluza lub T-shirt oraz fryzura żelowa.
Msza się zaczęła od wejścia procesji z krzyżem i świecami przez środek kościoła oraz mocnym uderzeniem zespołu. Od razu wypełniło kościół głośne śpiewanie dzieci z chóru i niemal popowe brzemienie muzyki z rytmiczną perkusją i przebijającymi się cymbałkami prowadzącymi melodię. Głośny, chóralny śpiew dzieci zawsze przynosi radość i taką też atmosferą od razu wypełnił się kościół. Na myśl przyszły wspomnienia śpiewu góralskich dzieci dla Papieża JP II. Później zauważyłem, że jednak mało, spośród zgromadzonych osób śpiewa, więc jedynie chór dzieci stwarzał wrażenie, że cały kościół modli sie śpiewem. Cóż, widać na całym świecie w kościele katolickim jest jakiś problem ze śpiewaniem...
Gdy wszyscy powstali, odniosłem wrażenie, że jestem na mszy dla dzieci. I to nie dlatego, że faktycznie w kościele było sporo dzieci i młodzieży, ale dlatego, że na każdego mogłem popatrzeć z góry. Okazuje się, że niespełna 180 cm to wzrost nieosiągalny dla tutejszych ludzi. Nawet mężczyźni są zwykle o głowę lub pół niźsi ode mnie. Z jednej strony fajnie - wszystko ładnie widziałem, ale z drugiej strony czułem, że trochę wystaję i pewnie ci z tyłu ciągle na mnie patrzą. W dodatku chyba jako jedyny w kościele byłem w krótkich spodniach. No cóż, za tydzień będzie lepiej..


Nocny widok na główny plac kościelny


Msza, chociaż klasyczna w swoim układzie, to w wielu momentach dobitnie uświadamiała mi, że jednak jestem w innej kulturze. Już czytanie ewangelii było zaskakujące, bowiem przeczytał je jakiś mężczyzna w języku w ogóle nie przypominającym hiszpańskiego i sądzę, że był to jeden z używanych tu dialektów Majów. Później było standardowe kazanie. Wyglądało na nudne i długie, czyli klasyczne. Ludzie się nieco kręcili, młodzież nie wyglądała na mocno zainteresowaną, a dzieci rozrabiały. Na szczęście ksiądz skończył i po modlitwie nastąpił kolejny akcent spoza moich przyzwyczajeń. Niemniej był bardzo interesujący i wywołał nawet uśmiech na mym licu. Otóż, wyszło bodaj 7 panów zbierać na ofiarę. Niby nic szczególnego, ale zamiast koszyków mieli coś, jakby siatki na motyle: na długim kijaszku na końcu był woreczek. Jedynie to, że woreczek miał na sobie krzyż odróżniało go od siatki na motyle. Dzięki temu panowie obsługiwali całą kilkuosobową ławkę z jednego brzegu i nie musieli kręcić się po kościele zbyt długo. Myślę, że coś podobnego można by wprowadzić w Polsce lub zastosować coś jeszcze bardziej pomysłowego - może jakieś chwytaki czy szczypce wyciągające banknoty z portfeli. Dzięki czemu uczestnicy mszy nie musieli by się rozpraszać, a kościelni sami pobierali by odpowiednią dobrowolną kwotę co łaska.


Wnętrze pustego kościoła


Muszę wrócić jeszcze na chwilę do śpiewu i grania, ponieważ bardzo podobało mi się rozpoczynanie prawie każdej pieśni lub krótkiej śpiewanej odpowiedzi zgromadzenia od charakterystycznego i znanego raczej z koncertów stukania przez peruksistę na trzy lub na cztery pałeczką o pałeczkę. Brakowało jeszcze tylko przed pierwszym uderzeniem w bębny głośnego odlicznia: raz, dwa trzy, cztery! Chociaż przyznam, że po niektórych wejściach kapeli, zwłaszcza na początku mszy, miałem odruch bicia brawo, jak przystało po każdym utworze podczas koncertów muzycznych.
Gdy przyszedł czas przekazać sobie znak pokoju, to uścisnąłem tyle dłoni, że w polskich warunkach odpowiada to 2 miesiącom regularnego uczęszczania do kościoła i standardowego przekazywania znaku pokoju. Jeden z młodych chłopaczków uścinął mnie nawet oburącz, jak jakiś starszy i poważany maestro. Dobrze, że nie nastawił sygnetu do ucałowania. Ciekawostką było, że po mszy, gdy już wychodziliśmy z ławek kilku amigos podało mi grabę (sobie nawzajem również), jak staremu kumplowi na "do zobaczenia", jakby po skończonym wspólnym siedzeniu w barze przy piwie. Myślę, że za tydzień na mszy nie będę już taki zdziwiony i przebije kilka piątek i stuknę parę żółwików z niektórymi amigos.


Takich napisów można znaleźć w cały mieście dziesiątki


Podczas rozdawania komunii włączono duże wiatraki powodując szum i spory ruch powietrza. Wiszące firany zdobiące wnętrze kościoła zaczęły falować, a nawet różaniec na świętej figurce jakby ożył. Jedna z młodych matek zaczęła ubierać nawet swoje dziecko, bowiem wiatraki przyniosły spore orzeźwienie. Później wiatraki ucichły, nastąpiło błogosławieństwo i po mszy wszystkie dzieci ustawiły się w dwóch rzędach na klęczkach wzdłuż głównej nawy, a przechodzący ksiądz kropił je dość obficie wodą i błogosławił. Na wyjście znów zabrzmiała kapela i tak po 1,5 godzinie można było uznać koncert.. przepraszam - mszę za zakończoną.

piątek, 11 lutego 2011

Mecz piłkarski na szczycie

Poprzedni post z Żywieckich Godów wydaje mi się obecnie bardzo odległy. A to dlatego, że teraz podziwiam zupełnie inne klimaty i to pod każdym względem - od krajobrazów, ludzi i kultury począwszy, a na temperaturze powietrza kończąc. Jestem w Gwatemali. Jadąc wypożyczonym rowerem na krótką wycieczkę wokół miejscowości San Pedro, w której mieszkam nad jeziorem Atitlan, zatrzymałem się na moment, by pooglądać mecz piłki nożnej. Nie był to pewnie mecz na szczycie, ale bez wątpienia na wysokim poziomie ;) Boisko umiejscowione jest wysoko ponad miasteczkiem, które i tak wznosi się ok. 1500 m npm i otoczone jest jeszcze wyższymi szczytami wulkanów, z których ten najbliższy - także nazywający się San Pedro, ma ponad 3000 m.
Mecz, mimo lokalnego charakteru, wyglądał na zaciekły, a zawodnicy dawali z siebie bardzo dużo, a patrząc na kolory strojów wyglądało to, jak gra na szczycie o wysoką stawkę między Argentyną a Brazylią... :)